Chcę być widziana
Bardzo długo bałam się być widziana. Układ nerwowy latami uczył się, że rozwój = ryzyko. Życie w swojej prawdzie = niebezpieczeństwo, utrata relacji, umniejszanie, poczucie winy.
Wycofałam się ze świata, z relacji towarzyskich — a raczej zależności.
Zaczęłam urządzać się w swoim cieniu.
Bo moje światło raziło wielu.
Uznałam, że jasność nie jest stanem naturalnym, a ciężarem, czymś, czego powinnam się wstydzić, ukrywać, chować i zapomnieć.
Bliscy pokazali, jak mnie gasić, więc opanowałam ten stan do perfekcji — jako swoją strategię przetrwania.
Bezpiecznikiem stało się: jeśli zranię się pierwsza, może nie zrani mnie nikt inny.
Jeśli będę głośna, odstraszająca, dopasowująca się, może nie stracę przynależności.
Może nikt nie zauważy, że jestem sama i że się cholernie boję.
Te mechanizmy, być może wyrobione we wczesnym dzieciństwie, chroniły mnie jakiś czas.
Ale w dalszych etapach rozwoju stały się blokadą, równią pochyłą, pętlą na szyi.
Przestały być bezpieczne.
Bo pasowały do małej dziewczynki, która wtedy nie miała innego wyboru, jak dostosować się — przetrwać.
Ale już nie do dorosłej kobiety, która ma prawo wziąć odpowiedzialność za swoje życie.
I w tym miejscu zaczęły się schody, bo nikt mi nie pokazał, jak tę odpowiedzialność mam ponieść — za siebie, za małego człowieka, którego bezpieczeństwo i los zależą właśnie ode mnie.
Odważyłam się zrobić ruch w praktyce. W swoim tempie stawiam pierwsze kroki — już nie na polu bitwy, tylko na ścieżce życia.
Nie czuję się już za mała, by przyznać, że chcę być widziana.